niedziela, 23 lutego 2014

Rozdział 1 część 1

Rozdział 1
Cz.1/2
"This Is The Apocalypse"

Moja historia zaczyna się w mieście o nazwie Meltdowncity.Jest umieszczone w środku grubych,oraz długich i mocnych murów obronnych,które mieszkańcy wybudowali dla ochrony naszego miasta.Może nie jest tam tak bezpiecznie jak wszyscy uważają,ale mało się zdarza że ktoś lub jakieś zombi tu przyjdą.

Przeciągając się przeczesałam dłonią włosy i ruszyłam zjeść jakieś śniadanie przygotowane oczywiście przeze mnie.Wszystko każdego dnia ciągnie się tak samo.Każdy stara żyć normalnie choć teoretycznie jest to niemożliwe.Co tydzień musimy chodzić na różne zadania w których mamy spisać rzeczy których nam brakuje w mieście a następnie iść do strefy zakażonej (tak nazywamy świat poza murami miasta) i znaleźć je.W tym tygodniu zebraliśmy notatki o malejących zapasach medycyny w mieście.Zadufany w sobie i wkurwiający jak diabli brunet o niebieskich oczach nazywany moim starszym bratem,pewnie poszedł przodem i zaczął przygotowywać,w tym zanudzać nasz odział.Oczywiście co tydzień ja mój brat i paru innych ludzi mają się stawić w bazie a następnie wyruszyć.Zakładając moją broń na plecy i nóż do sakiewki przy nodze,wyruszyłam w stronę bram gdzie pewnie na mnie czekali.Paru mieszkańców przywitało się ze mną z uśmiechem na twarzy a paru życzyło powodzenia w misji.Niektórzy przechodzili obok a niektórzy prosili o opiekę nad ich bliskimi którzy wyruszyli z nami.Otworzyli bramę więc szybko weszliśmy do "Zakażonej Strefy".Było strasznie cicho nie było nawet już słychać świerszczy czy ptaków które fruwały po niebie parę lat temu.Za to zawsze są tam piękne widoki.Czasem w opuszczonych fabrykach lub miastach jest pełno zieleni porastającej ściany,maszyny i inne przeróżne rzeczy.Drzewa i krzaki wyrastają na zniszczonych ulicach.Kamienia walają się nawet po pomieszczeniach zamkniętych.Widoki są wprost cudowne można by pomyśleć że nie ma żadnej zarazy czy apokalipsy na tym świecie.......
-wracaj do żywych -szturchnął mnie Allan.
-gadanie - wywróciłam oczami.
Po paru minutach pustej drogi pełnej ciszy i stresu dotarliśmy do naszego celu.Opuszczonego szpitala.Znaleźliśmy tam parę lekarstw i apteczek które zgarnęliśmy ze sobą.Zdążyliśmy po południu zebrać sporo rzeczy więc mogliśmy wrócić.Może i leki są przeterminowane,ale i tak dobrze działają.W drodze powrotnej nie było za dużo problemów z zakażonymi więc szybciej dotarliśmy do bramy głównej.Jak zawsze żołnierze sprawdzili czy przypadkiem coś nas nie ugryzło a następnie powiadomili ,że mamy udać się na dziedziniec.Wielkie tłumy gromadziły się na nim,ale nie tylko oni tam stali z dali dostrzegłam mojego ojca i parę nowych chłopaków gdzieś tak parę lat starszych ode mnie na oko.Jak zawsze było tłoczno i głośno.Podniosłam rękę do góry i zagwizdałam na co wszyscy ucichli i spojrzeli na mnie,a następnie na mojego ojca.
-dziękuję za przybycie i poświęcenie mi waszego czasu - zaczął.-jak od paru lat do naszego miasta przybywają nowi mieszkańca,mieszkańcy którzy......
-tata przejdź do rzeczy - szturchnęłam go.
-tak,tak już -powiedział poważnie.-tak więc mamy dwóch nowych w naszym mieście.Są braćmi i znaleźliśmy ich błąkających się po lesie na dzisiejszym patrolu - oznajmił.-teraz raport z dzisiejszego dnia.
-Dziś zebraliśmy sporo medycyny i po drodze trochę materiałów.Na pewno jutro doniesiemy materiały,za to dziś lekarstwa ponieważ są one bardziej potrzebne.Nie mieliśmy ani jednej straty w grupie i jedynie kilka zakażonych spotkanych na naszej drodze zginęło.-powiedział głośno mój brat.
-a teraz ostatni punkt - wskazał na mnie mój ojciec.
No i czas ruszyć dupę do góry teraz moja kolej.Jak zawsze kiedy ktoś nowy przychodzi.
-Witamy nowych w naszym kochanym mieście.Życzę wam miłego i bezpiecznego pobytu w Meltdowncity.Oto numer waszego domku mam nadzieję że poradzicie sobie w znalezieniu go.-podałam im kluczyk z napisem "123".
-tyle na dziś możecie wracać do waszych zajęć. - ojciec po pożegnaniu ruszył w stronę naszego domu jak i ja i Allan.
***
Nowy dzień nowa praca co nie ?.Mój brat i ojciec poszli dzisiaj do loży obgadać parę spraw z innymi.Bo tatuś kocha swojego synusia.....Kiedy oni byli tam ja miałam dzień spokoju oczywiście po odniesieniu materiałów.No właśnie mam je zanieść.Ubierając się i układając włosy,założyłam buty i ubrałam na siebie dość zniszczoną kurtkę.Chyba dam ją krawcowej żeby zaszyła dziury.To była kurtka mojej mamy,kiedyś była nowa ale nie miałam jak w niej chodzić bo była na mnie za duża.Teraz jest trochę zniszczona,ale i tak w niej chodzę.Materiały były przygotowane przy drzwiach na dole.Zgarniając je ruszyłam do krawcowej na którą wszyscy mówią Helen.Mozę i jest starszą osobą ale i tak ładnie jej w siwych włosach i niebieskich oczach.Jest znakomitą krawcową i babcią mojej najlepszej przyjaciółki Madeline.Blondynka o niebieskich oczach które odziedziczyła po mamie.Jej rodzice zmarli jeszcze przed tym wszystkim a ona została sama.Wtedy przygarnęła ją do siebie jej babcia i od tamtego czasu mieszkały razem.Po paru minutach moich zamyśleń i jednym wpadnięciu w słupa trafiłam na miejsce.

-Przyniosłam materiały które obiecałam wczoraj - krzyknęłam na cały zakład kiedy tylko tam weszłam.
-Po co się tak wydzierasz - zaśmiała się Madeline kiedy wyszła zza zaplecza.
-Myślałam że znowu nikogo nie będzie -wzruszyłam ramionami.
-To się mylisz - uśmiechnęła się pokazując na mnie palcem - teraz powiedz "przepraszam"
-Przepraszam - powtórzyłam.
-BABCIU MAMY NOWE MATERIAŁY - udarła się tak samo jak ja na początku.
-no i kto tu krzyczy - westchnęłam kładąc materiały pod ścianą obok mnie.Wzruszyła jedynie ramionami.Potem ona zgarnęła materiały i ruszyła na zaplecze.W tym samym czasie jej babcia zeszła na dół.
-Mogła by pani pozszywać tą kurtkę - zdjęłam kurtkę i podałam ją jej.
-Sądzę że tak - uśmiechnęła się-powinna być gotowa na jutro.
-Dobrze do widzenia - uśmiechnęłam się i wyszłam z pomieszczenia.
Najbardziej wkurzają mnie osoby które pytają o moją zabandażowaną rękę
"co ci się stało?" "czemu tego już nie zdejmiesz?" "to głupie" "jak to się stało ? czemu ?"
To chyba jedyna pamiątka po czasach kiedy moja mama żyła.Może nie jest ona przyjemna ale chociaż coś mam.Kiedyś kiedy cała choroba się zaczynała mama i ja poszłyśmy razem do parku.Tam spotkałyśmy jakiegoś gościa z nożem.Oczywiście był zakażony i nie obchodziło go już co się z nim stanie.Próbował zaatakować moją mamę ale stanęłam przed nią blokując się ramieniem przez co przeciął całe moje ramię.Potem przyjechała policja i go zabrała.Następnie szpital,problemy,blizna,bandaż,zaraza i teraz jesteśmy w tym punkcie.Kiedy znowu bujałam w obłokach jak debil wpadłam na kogoś.

-Przepraszam zamyśliłem się - usłyszałam głos chłopaka.Spojrzałam w górę i zobaczyłam blondyna o jasnej karnacji i orzechowych oczach.Miał na sobie białą koszulkę w serek a do tego jasno-niebieskie dżinsy podkreślające jego ciało.Był umięśniony i cały czas się uśmiechał ukazując swoje białe zęby.
-To ja bujałam w chmurach - odparłam.Znów uśmiechnął się w moją stronę.
-Jestem Marco a ty ? - zapytał szybko nie tracąc czasu.
-Hope - odparłam prosto.-To ty jesteś jednym z kolesi którzy wczoraj dołączyli do miasta co nie ? - przekręciłam głowę na bok.
-Tak - skinął głową - a ten "drugi" -przerwa - to mój braciszek,nie za bardzo lubi rozmawiać z innymi ale mnie potrafi dobić kiedy zaczyna wzmianki o muzyce - zaśmiał się.
-Przy okazji ile wy macie lat ? -moja kolej na pytania.
-Ja mam 19 a mój brat 18 - odpowiedział normalnie.
-Czyli jesteś starszym braciszkiem nie ? - zaśmiałam się.
-No jakoś tak a ty ?
-17 - westchnęłam.
-Czyli mogę być też twoim starszym "braciszkiem" -zasugerował.
-dzięki ale jeden wnerwiający starszy brat mi wystarczy - odpowiedziałam.
Dzwonek telefonu.
-O wilku mowa muszę lecieć nara - pomachałam i bez czekania na odpowiedź skierowałam się w stronę domu naciskając na zieloną słuchawkę.
-Mam informacje..............................






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz